czterdziestu odcinkach. Nie żeby amerykańskie stacje nie produkowały na siłę setek odcinków, tak długo aż jedyne co pozostanie to pusta skorupa tego co kiedyś było dobrym serialem (Family Guy, Simpsonowie i już niedługo Adventure Time). Disney ma jednak w zwyczaju zdejmować z anteny co bardziej ryzykowne programy. Nie jest równie restrykcyjny jak Nickelodeon (co nie jest wielkim wyczynem), daleko mu jednak do Cartoon Network, który przoduje w produkcji mądrych i kreatywnych seriali przemawiających zarówno do dzieci jak i dorosłych. Disney Channel ma jeszcze Wander Over Yonder, który również nie powróci w trzecim sezonie, mimo że Craig McCracken miał na niego konkretny plan. Nie wierzę więc, że studiu tak bardzo zależy na kontynuowaniu bardziej dojrzałych seriali. Nie jestem więc zaniepokojony faktem, że Alex Hirsch pracuje teraz dla Fox- może nie jest to najlepsza ze stacji, ale jest chyba lepszym rozwiązaniem niż Disney Channel gdzie groziłoby mu nagłe zdjęcie z anteny, albo Adult Swim, gdzie sezony miałyby po osiem odcinków i wychodziły co trzy lata. W ten sposób cierpi już The Venture Bros i Rick and Morty. Fox kojarzę jednak jedynie z Bob's Burgers, ale kto wie. Może Hirsch zmieni Foxa na lepsze.
A przechodząc w końcu do samego odcinka- był okej. Nie ukrywam, że lekko się zawiodłem. Nie jednak dlatego, że nie udzielił żadnych odpowiedzi tak jak Lost, wyjawił jednak tylko tyle, ile było absolutnie potrzebne do przebiegu historii. Skąd wzięła się kopuła wokół miasta? Naturalna magia Gravity Falls wytworzyła pole ochronne. Czy coś takiego. Inne zagadki zostały rozwiązane w podobny sposób. Magiczne pole, jeśli odczyta się zaklęcie powstanie kosmiczna siła... Otrzymaliśmy wiele odpowiedzi, ale brakowało jakiegokolwiek twistu, przez czterdzieści minut trwania odcinka ani razu nie czułem się zaskoczony. Brakowało też napięcia takiego jak w Not What He Seems, który pozostaje najlepszym momentem serii. Konflikt między Stanem, a Fordem nie był specjalnie interesujący, a przy ekspresowym leczeniu amnezji Stana poważnie zastanawiałem się czy po prostu nie uderzą go patelnią w tył głowy.
Jednak właściwe zakończenie trwa jeszcze piętnaście minut po zabiciu Ciphera. Nie licząc leczenia Najkrótszej Amnezji Świata otrzymujemy również happy endy wszystkich bohaterów na których nam choć trochę zależało. Ta część odcinka jest trochę rozwlekła, ale nie mogę narzekać, łapałem się na każdy ckliwy moment, który mi oferowano. I może dlatego Take Back The Falls nie zawodzi tak bardzo. Chociaż nie jest idealnym finałem serii, która postawiła przed widzami tak wiele pytań, to funkcjonuje bardzo dobrze jako zakończenie komediowego sitcomu z bohaterami do których zdążyliśmy się bardzo przywiązać. Odbiór tego odcinka będzie więc różny. Jeśli ktoś liczył, że Gravity Falls wypełni pustkę po Lost, może być nieco zawiedziony. Ale gdy skupiał się głównie na komedii i dobrze zarysowanych bohaterach- pod tym względem Take Back The Falls jest niemal idealny.
Inne Obserwacje:
- Uwielbiam fakt, że koło z tajemniczymi symbolami, które było największą zagadką od pierwszego odcinka okazało się całkowicie bezużyteczne. Nie wiem czy to miał być żart, czy po prostu Hirschowi bardziej podobał się pomysł z kasowaniem pamięci, ale był to dla mnie najzabawniejszy moment odcinka
- Po napisach końcowych przez kilka sekund widoczne jest zdjęcie posągu Billa w prawdziwym lesie. Fani uznali, że faktycznie jest on gdzieś ukryty, jednak minął miesiąc i nie słyszałem o tym ani słowa, więc chyba zdjęcie miało pełnić jakąś inną rolę
- Jeśli ktoś zamierza oglądać Gravity Falls , czy tam Wodogrzmoty Małe z polskim dubbingiem- niech tego nie robi. Jedyny sensowny wybór aktorski to Boberek jako Stan, co nie jest jakimś wielkim zaskoczeniem. Mabel ma głos Fretki z Fineasza i Ferba i jak było do przewidzenia kompletnie nie pasuje, Disney zamiast faktycznie starać się dobierać pasujące głosy wybiera je z tej małej puli aktorów, którzy już na stałe pracują dla Disney Channel w danym kraju. Nie mówiąc już o tragicznym tłumaczeniu na polski. Mabel czytana jest jako Mejbel, a Bill Cipher to w Polsce Bill Cyferka. Nie żartuję. To nawet nie jest tłumaczenie, tylko kalka językowa. Gdyby nazwali go Bill Szyfr brzmiałoby to źle, al przynajmniej byłoby jakimś tłumaczeniem, a nie słowem które akurat podobnie brzmiało. Mógłbym długo krytykować Wodogrzmoty, a oglądałem tylko kilkuminutowy urywek. Podsumuje więc tylko- trzymajcie się od polskiej wersji z daleka. Nie zniszczy wam to przynajmniej odbioru oryginału

