The Rapture na początku swojej kariery grali głównie dance punk. Jest to zarazem najciekawszy okres ich twórczości. Choć osobiście wolę Pieces Of The People We Love, to jednak Echoes ma bardziej oryginalne brzmienie. Produkcja nie jest równie czysta jak na późniejszych albumach, ale pasuje to do nieco ostrzejszego stylu i wrzasków Jennera. Echoes przypomina nieco debiut LCD Soundsystem i nie przypadkowo- James Murphy brał również udział w nagraniach tej płyty. Jeśli ktoś jest zainteresowany bardziej czystym brzmieniem i klarowniejszymi partiami gitary, polecam raczej drugi album The Rapture, ewentualnie kilka piosenek z In The Grace Of Your Love (utwór tytułowy oraz How Deep Is Your Love). Echoes pozostaje jednak najbardziej szaloną i energetyczną płytą grupy, utrzymaną w stylu do którego The Rapture już raczej nie powróci. Ich ostatnia płyta sugeruje raczej, że zmierzają w stronę mało wymagającej muzyki tanecznej, wrzucając od czasu do czasu kilka "eksperymentów" z dźwiękiem (o ile można za taki uznać Rollencoaster, który brzmi jak marna parodia Bicycle Ride Queen). Radzę więc pozostać przy pierwszych dwóch płytach, bardzo istotnych dla współczesnego dance punku.
Julia Holter powraca z następcą Loud City Song, jeszcze lepszym od swojego poprzednika. Have You In My Wilderness to dziesięć pięknych dream popowych kompozycji. Przez większość czasu jest dość melancholijnie, choć pojawia się kilka żywszych momentów, jak nieco taneczne Everytime Boots, albo orkiestralna końcówka Silhouette, która brzmi jak z The Golden Age Woodkida. Jest to zdecydowanie najlepszy dream popowy album na jaki natrafiłem w minionym roku.
Pierwszy post z tej serii poświęcę debiutanckiej płycie dziwacznej grupy jaką jest Yellow Magic Orchestra. Jest to japoński zespół słynący z muzyki elektronicznej i Synth Popu. Działa on do dziś, jednak światowy rozgłos zdobyli w momencie swojego debiutu. Słuchałem kilku kolejnych płyt YMO, ale żadna nie była równie interesująca jak ta pierwsza. Wyróżnia ją przedziwna kombinacja dźwięków przypominających soundtrack do gry na Nintendo, zniekształconych wokali, lekko jazzowo brzmiących melodii pianina i łączącej to wszystko muzyki elektronicznej charakterystycznej dla tamtych lat. Wiem, nie brzmi to za dobrze, ale YMO znaleźli sposób, aby te martwe komputerowe brzmienia napełnić życiem. Album przyciąga między innymi oryginalnym brzmieniem i doskonałą produkcją, choć przyznaję, że nie jest dla każdego. Płyta może chwilami brzmieć jak soundtrack z gry na konsolę, ale o to właśnie chodzi. Zespół jest w stanie osiągnąć bardzo dużo opierając swój utwór na monotonnym komputerowym motywie.
We Bare Bears to nowy serial stworzony przez Daniela Chonga. Bardzo szybko zyskał on popularność zarówno wśród młodszej jak i dorosłej widowni. I trudno się dziwić, animacja jest barwna i przyjemna, a postaci można szybko poznać i polubić. Jednak na pierwszy rzut oka to nic niezwykłego w porównaniu do innych seriali lecących obecnie na Cartoon Network. Animacja przypomina Adventure Time, przynajmniej jeśli chodzi o bohaterów, pastelowe tła przywodzą raczej na myśl filmowe adaptacje Kubusia Puchatka. Fabuła? Tu także nic nowego. Trzy niedźwiedzie żyją w leśnej chatce i często przybywają do miasta szukać swojego miejsca między ludźmi. Ale nie znaczy to, że muszą zakładać płaszcze, kapelusze i chować twarze w gazetach kiedy idą ulicami. Nikt nie jest specjalnie zaskoczony faktem że trzy niedźwiedzie wchodzą do ekologicznego sklepu i kupują wafle. Posługują się również na co dzień telefonami komórkowymi i większością ludzkich technologii. Powód separacji między niedźwiedziami a ludźmi nie jest dokładnie wyjaśniony. Nie powodują one popłochu swoim widokiem, ale nie są również traktowani jako członkowie społeczeństwa. Reszta zwierząt zachowuje się jak na zwierzęta przystało (może za wyjątkiem gołębiej szajki przestępczej i szalonego koali- celebryty), co tylko podkreśla samotność bohaterów, którzy nie pasują do żadnej z grup. Jest to wystarczający materiał na stworzenie całkiem przyjemnej bajki o wartości indywidualizmu, jednak We Bare Bears ma coś jeszcze. Do tematu nowoczesnych technologii podchodzi w sposób niezwykle naturalny, lepiej niż jakikolwiek inny program dla dzieci. Kiedy bohaterowie piszą do siebie wiadomości, albo gdy odświeżają przeglądarkę co pięć sekund, aby sprawdzić czy przybyło wyświetleń pod nowo dodanym filmem nie odnosimy wrażenia, że twórcy starają się w przesadzony sposób parodiować ludzkie zachowania, a raczej je rzetelnie reprezentować. I nie tyczy się to tylko nowinek technologicznych, ale wszystkich trendów panujących w naszym społeczeństwie. Ekologiczna żywność, sposób w jakie ubierają się ludzie w mieście, w jaki rozmawiają... Gdyby pominąć wątek trzech niedźwiedzi spacerujących ulicami, We Bare Bears byłoby serialem o hipsterach. Aż prosi się żeby wręczyć każdemu z bohaterów plastikowy kubek ze starbucksa. I znowu, nie są to przesadzone stereotypy hipsterów, które znamy z innych animacji (na przykład w Gravity Falls, odcinek The Love God), znowu współczesna kultura jest przedstawiona w jak najlepszym świetle. Nie znaczy to jednak, że ignorowane są niebezpieczeństwa, które z niej wynikają. Właśnie po to są niedźwiedzie, aby pokazać do czego prowadzi podążanie za trendem bez poprawnego zrozumienia idei, jaką ten trend reprezentuje (najlepszy przykład to odcinek Tote Life). Niemal wszyscy ludzie są przyjaźni i sympatyczni, często jednak brakuje im cierpliwości do ignorancji jaką prezentują sobą niedźwiedzie. Na koniec pozostaje już tylko porównać serial z innymi animacjami dla dzieci, które przyciągają równie wielką grupę dorosłych fanów- Adventure Time, Gravity Falls i Steven Universe. Mimo wielu podobieństw, każdy z nich wprowadził do telewizji coś innowacyjnego, z czego będą mogli korzystać przyszli twórcy. We Bare Bears udowadnia, że aby w ciekawy sposób przedstawić współczesną kulturę, nie potrzeba ukazywać ludzi jako wrzeszczące, zniekształcone stereotypy (patrzę na ciebie, Family Guy). Jeśli bardzo dobrze rozumie się otaczający świat wystarczy tylko jak najwierniej go odwzorować. A każdy widz, niezależnie od wieku, i tak to doceni.
Rozpisałem się już na ten temat w poprzednim poście, więc nie dodam tu już zbyt wiele. Nie podano jeszcze daty premiery tego albumu, tytułu, ani żadnego utworu promującego, wszystkie informacje pochodzą z jednego postu udostępnionym na stronie zespołu, na cokolwiek więcej prawdopodobnie przyjdzie nam jeszcze poczekać parę miesięcy.
2. RADIOHEAD - ...
W tym przypadku również okładka i data premiery są nieznane nieznane. Thom Yorke zagrał jednak ostatnio krótki występ na którym zaprezentował trzy nowe akustycznie wykonane utwory. Pojawiła się również piosenka Spectre nagrana do filmu o tym samym tytule (niestety niewykorzystana). Raczej nie znajdzie się ona na nowym wydawnictwie zespołu, muzycy potwierdzali jednak wielokrotnie, że pracują nad nowym materiałem (pojawiały się nawet tytuły konkretnych utworów, np. Lift).
3. MODERAT - III (01.04.2016)
W temacie nowej Moderata wiadomo już nieco więcej. Jest oficjalna okładka, data premiery, choć utworu promującego także jeszcze nie ma. O ile poprzednich dwóch grup nie musiałem przedstawiać, tutaj przyda się chyba parę słów wstępu. Moderat powstał przez połączenie dwóch niemieckich grup elektronicznych- Modeselektor i Apparat. Ten pierwszy zespół można kojarzyć między innymi ze świetnej kolaboracji z Thomem Yorkiem (utwór Shipwreck). Debiut Moderata miał swoje momenty (genialne A New Error i Rusty Nails), jednak całość była nieco niespójna i widać było, że zespół dopiero szuka swojego brzmienia. na II było już znacznie lepiej, muzyka stała się również dużo bardziej przystępna dla większej grupy słuchaczy. Bad Kingdom i Damage Done mają naprawdę dobre melodie, ten drugi mógłby być nawet zaaranżowany w swoim stylu przez jakiś zespół indie rockowy. Nie brakowało również nieco bardziej klasycznej elektroniki (dziesięciominutowe Milk). Płyta jest bardzo łatwym w odbiorze, dobrym wprowadzeniem do gatunku. Nie wiadomo jeszcze, czy III będzie utrzymany w podobnym stylu, osobiście nie narzekałbym gdyby Moderat nagrał coś bardziej ryzykownego.
4. STEVE MASON - MEET THE HUMANS (26.02.2016)
O tym wykonawcy nie wiem zbyt wiele, natrafiłem na Masona przypadkiem, przy okazji jego ostatniego wydawnictwa Monkey Minds In the Devil's Time. Był to concept album, który niezbyt przypadł mi do gustu. Choć miało on kilka przyjemnych kompozycji, płyta jako całość była raczej przerostem formy nad treścią. Tematyczne interludia były chyba liczniejsze niż same piosenki (wszystkie piosenki były oddzielone interludiami umieszczonymi na osobnych trackach, czasami pojawiały się nawet dwa pod rząd).Jednak nowy singiel Planet Sizes sugeruje, że Steve Mason postawił raczej na spokojne, proste melodie o otaczającym nas świecie, na stronie wytwórni opisuje również Meet The Humans po prostu jako zbiór piosenek. Może nie brzmi to zbyt ambitnie, ale Steve Mason raczej nie jest najbardziej ambitnym muzykiem. Najlepiej wychodzą mu proste, melodyjne utwory w niezbyt skomplikowanej aranżacji i jak na razie wygląda, że na tym przede wszystkim się skupił tworząc Meet The Humans.
5. KULT -
Zespół nie udzielił jeszcze zbyt wielu informacji na temat następcy Prosto. Płyta jest w trakcie nagrywania więc najprawdopodobniej ukaże się dopiero w drugiej połowie roku. Przygotowano 21 nowych kompozycji i niewykluczone, że na nowym krążku znajdą się niemal wszystkie z nich. Kult ma zwyczaj upychania na płytach bardzo dużej ilości utworów, wśród których zawsze znajdzie się kilka nadających się najwyżej jako B- Side. Przez to mało jest w dorobku Kultu płyt doskonałych od początku do końca. Taki status ma według mnie tylko Spokojnie (na której jest tylko dziewięć utworów). Wiem, że odrobinę zbaczam z tematu, ale o nowym wydawnictwie nie da się jeszcze powiedzieć zbyt wiele. Mam jedynie nadzieję, że zespół dobrze oceni które utwory są warte aby się na nim znaleźć.
6. HEXVESSEL - WHEN WE ARE DEATH (29.01.2016)
Jedynym wydawnictwem Hexvessel jakiego dotychczas słuchałem jest utrzymany w klimacie psychodelicznego rocka Iron Marsch, otwierany dwunastominutowym Masks of the Universe. Cosmic Truth, pierwszy utwór promujący When We Are Dead, jest już w zupełnie innym stylu- spokojny, nastrojowy, oparty na prostym motywie na pianinie. Interesujący, choć mam nadzieję, że Finlandczycy pozostaną raczej w klimatach Iron Marsch.
7. RJD2 - DAME FORTUNE (25.03.2016)
RJD2 zasłynął dzięki debiutowi Deadringer i piosence Ghostwriter. Tworzy instrumental hip hop, jego płyty są niezwykle spójne, Deadringer słucha się niczym soundtrack do filmu. Większość utworów ma w sobie coś hipnotyzującego i jest na swój sposób odprężająca. Choć nigdy żaden jego album nie uzyskał takiego statusu jak Deadringer, nowy singiel Peace of What jest jednym z najlepszych piosenek jakie RJD2 wydał od wielu lat. PO cichu liczę, że ten album przywróci mu utraconą rozpoznawalność.
8. WEEZER - WEEZER (01.04.2016)
Nie słuchałem Weezera nim usłyszałem utwór promujący ich nowe wydawnictwo. Lata ich największe popularności przypadają z tego co wiem na późne lata 90-te, więc dużo za wcześnie, żebym mógł kojarzyć ich z radia. Prawdopodobnie znałem wcześniej takie piosenki jak Say It Ain't So, nie przykuły one po prostu mojej uwagi. I szczerze mówiąc, podobnie jest z większością twórczości Weezera, bardziej szanuję ten zespół niż faktycznie go słucham. Jednak inaczej jest w przypadku ich nowego wydawnictwa. Jak na razie wszystkie trzy wydane piosenki przypadły mi do gustu, zwłaszcza niezwykle chwytliwe Thank God For Girls. Nie rozumiem krytyki wobec tej piosenki, ani faktu że nie stała się jeszcze radiowym hitem. Przynajmniej według mnie, jest o wiele przystępniejsza niż wiele popularnych kawałków Weezera. Do You Wanna Get High i King of The World może nie mają równie nośnych refrenów, ale również nie zawodzą. Nie mam chyba tak wysoko postanowionych oczekiwań wobec tej płyty, jak bardziej oddani fani liczący na wielki powrót Weezera do formy sprzed kilku lat, zwłaszcza że nie słuchałem ich ostatnich dokonań. Możliwe, że ten album mnie do tego zachęci.
9. MACKLEMORE & RYAN LEWIS - THIS UNRULY MESS I MADE (26.02.2016)
Macklemore'a zna każdy, dzięki Thrift Shop, Can't Hold Us i Same Love, trzem świetnym utworom promującym jego poprzedni album The Heist, który zdobył raczej mieszane oceny. Z jednej strony, każda piosenka ma przekaz, a słowa to nie tylko zlepek przypadkowych rymów, jak się często zdarza. Było dużo komedii, ale też wypowiedzi na temat ważnych problemów społecznych. To co ciągnęło The Heist w dół, i wygląda na to że będzie ciągnąć również This Unruly Mess I Made, to partie instrumentalne. Macklemore często skutecznie odwraca od nich uwagę swoim wokalem, ale nie da się zignorować plastikowego brzmienia Gold ani produkcji w Cowboy Boots (nie mam nic przeciwko eksperymentom z muzyką country, ale w Cowboy Boots gitary są przytłumione, aby utwór brzmiał bardziej popowo, co jak dla mnie mija się z celem, traci cały klimat który wpływy country miały uzyskać). Pierwszy singiel promujący nowy album, Downtown, niespecjalnie wzbudził moje zainteresowanie. Była to kolejna piosenka stworzona na fali popularności Uptown Funk, ale wypruta ze wszystkiego co mogłoby zapaść słuchaczowi w pamięć. Dużo lepiej sprawa wyglądała w Growing Up, poruszającej piosence, którą polecam po zwłaszcza fanom Same Love. Najnowszy singiel, White Privilege II również dzięki poruszającym wersom Macklemore'a odwraca uwagę od faktu, że muzycznie zbyt wiele się przez te osiem minut nie dzieje. Jednak to już standard. Od This Unruly Mess I Made nie oczekuję niczego przełomowego, ale przynajmniej kilku piosenek na poziomie Growing Up.
Wiem, tutaj trochę oszukuję, bo to żadna premiera, Illinoise obchodzi wkrótce dziesiąte urodziny. Nie ukrywam jednak, że bardzo czekam na premierę tej reedycji. Bardzo ciężko jest obecnie dostać tą płytę na winylu, ze względu na problemy prawne jakie napotkał Sufjan Stevens po umieszczeniu bohatera Marvela na okładce. Jednak w końcu pierwotna wersja okładki znów trafi do sprzedaży, wraz z pięknym nowym wydaniem z płytami w dwóch kolorach, niebieskim i białym. Stevens jest ostatnio kojarzony głównie ze swojego najnowszego wydawnictwa, Carrie & Lowell, które szczerze mówiąc nie przekonuje mnie tak bardzo jak Illinoise. Przepadam jednak bardziej za tymi majestatycznymi orkiestralnymi brzmieniami niż za akustyczną, wyciszoną stroną jego twórczości. Choć rozumiem ideę Carrie & Lowell, jest to płyta o bardzo smutnej i osobistej tematyce, jaką była śmierć matki muzyka. Brzmienie Illinoise zwyczajnie by tam nie pasowało. Jeśli kogoś nie zachęciły piosenki z najnowszej płyty Stevensa, polecam przesłuchanie Illinoise, w mojej opinii, jednej z ważniejszych płyt nowego tysiąclecia.
LCD Soundsystem to jeden z ważniejszych projektów muzycznych nowego tysiąclecia. Zespół zyskał sporą popularność i uznanie krytyków, jednak pięć lat temu muzycy zaczęli wielokrotnie sugerować, że ich działalność nie potrwa już długo, "This Is Happening" miało być ostatnim wydawnictwem grupy (po zakończeniu odtwarzania CD, w miejscu albumu na wyświetlaczu pojawia się "last album"). Przygotowano ponad trzygodzinny koncert, wydano film dokumentalny w którym Murphy tłumaczył swoją decyzję. I po tym wszystkim, fani powoli zaczęli godzić się z rzeczywistością, a z czasem coraz bardziej doceniać fakt, że LCD nie ma na koncie ani jednego kiepskiego produktu, a rozgłos jaki uzyskali swoim pożegnaniem sprawi, że nie zostaną zapomniani przez bardzo długi czas. Grupa jeszcze raz przypomniała o sobie w 2014 roku, dzięki pięknie wydanym zestawie pięciu płyt winylowych, zawierającym nagranie ich ostatniego pamiętnego występu.
Dużym zaskoczeniem był nowy świąteczny utwór który zespół udostępnił w grudniu zeszłego roku. Oraz ogłoszenie LCD Soundsystem jednym z headlinerów tegorocznej Coachelli. Oraz wieści, że zespół powraca z nową płytą i trasą koncertową.
Od rozpadu zespołu nie minęło nawet pół dekady, a ostanie wydawnictwo pojawiło się nieco ponad rok temu. Murphy nie musiałby nawet ogłaszać przerwy w działalności grupy, zwłaszcza w dzisiejszych czasach, kiedy dla wielu artystów nagrywanie płyty co pięć lat nie jest niczym nadzwyczajnym. Nie każdy więc przyjął dobrze wieści o powrocie zespołu. Nagle koncert, na który wydali sporo pieniędzy i na który podróżowali setki kilometrów stracił na wartości, fani poczuli się wręcz oszukani. Murphy tłumaczył całą sytuację w obszernym facebookowym poście i przepraszał za całe zamieszanie. Napisał, że ma więcej pomysłów na piosenki niż kiedykolwiek wcześniej i LCD powraca ze świetnym materiałem. Ogólnie rzecz biorąc, postawił oczekiwania wobec nowej płyty bardzo wysoko. Lepiej więc chyba wstrzymać się z komentarzami do czasu premiery nowego albumu.