sobota, 26 marca 2016

Gravity Falls dobiegło końca...

    Wiem, że nie jestem z tym postem specjalnie na czasie, no ale trudno. Skoro Disney może publikować te odcinki w kilkumiesięcznych odstępach to ja też mogę poczekać z moją opinią. Podobno ociągano się z wydawaniem nowych odcinków, bo Disney liczył, że Hirsch zmieni zdanie i powstanie trzeci sezon. Ta teoria wydaje mi się jednak nieco naciągana. Jest to jeden z niewielu przypadków kiedy to twórca nalega na zakończenie serialu po zaledwie
czterdziestu odcinkach. Nie żeby amerykańskie stacje nie produkowały na siłę setek odcinków, tak długo aż jedyne co pozostanie to pusta skorupa tego co kiedyś było dobrym serialem (Family Guy, Simpsonowie i już niedługo Adventure Time). Disney ma jednak w zwyczaju zdejmować z anteny co bardziej ryzykowne programy. Nie jest równie restrykcyjny jak Nickelodeon (co nie jest wielkim wyczynem), daleko mu jednak do Cartoon Network, który przoduje w produkcji mądrych i kreatywnych seriali przemawiających zarówno do dzieci jak i dorosłych. Disney Channel ma jeszcze Wander Over Yonder, który również nie powróci w  trzecim sezonie, mimo że Craig McCracken miał na niego konkretny plan. Nie wierzę więc, że studiu tak bardzo zależy na kontynuowaniu bardziej dojrzałych seriali. Nie jestem więc zaniepokojony faktem, że Alex Hirsch pracuje teraz dla Fox- może nie jest to najlepsza ze stacji, ale jest chyba lepszym rozwiązaniem niż Disney Channel gdzie groziłoby mu nagłe zdjęcie z anteny, albo Adult Swim, gdzie sezony miałyby po osiem odcinków i wychodziły co trzy lata. W ten sposób cierpi już The Venture Bros i Rick and Morty. Fox kojarzę jednak jedynie z Bob's Burgers, ale kto wie. Może Hirsch zmieni Foxa na lepsze.
   A przechodząc w końcu do samego odcinka- był okej. Nie ukrywam, że lekko się zawiodłem. Nie jednak dlatego, że nie udzielił żadnych odpowiedzi tak jak Lost, wyjawił jednak tylko tyle, ile było absolutnie potrzebne do przebiegu historii. Skąd wzięła się kopuła wokół miasta?  Naturalna magia Gravity Falls wytworzyła pole ochronne. Czy coś takiego. Inne zagadki zostały rozwiązane w podobny sposób. Magiczne pole, jeśli odczyta się zaklęcie powstanie kosmiczna siła... Otrzymaliśmy wiele odpowiedzi, ale brakowało jakiegokolwiek twistu, przez czterdzieści minut trwania odcinka ani razu nie czułem się zaskoczony. Brakowało też napięcia takiego jak w Not What He Seems, który pozostaje najlepszym momentem serii. Konflikt między Stanem, a Fordem nie był specjalnie interesujący, a przy ekspresowym leczeniu amnezji Stana poważnie zastanawiałem się czy po prostu nie uderzą go patelnią w tył głowy. 
    Ale co w takim razie sprawiło, że finał wciąż można określić mianem dobrego? Bardzo przychylnie przyjąłem odwołania do niemal wszystkich odcinków serii. Może i nie otrzymaliśmy odpowiedzi na wiele istotnych pytań, ale przynajmniej wiemy, że ucięta woskowa głowa Larry'ego Kinga ma się dobrze. Albo dwa klony Dippera, które nie pojawiły się od półtora sezonu. Mimo że chciałbym aby takie postaci jak Multibear dostały większą rolę, cieszę się, że w ogóle je uwzględniono. Jednak to co ratuje ten odcinek, jak i wiele innych jest animacja. Wszystkie formy jakie przyjmuje Bill są niesamowicie pomysłowe i przerażające jednocześnie. Kolorystyka również gra niezwykle ważną rolę. Nieprzypadkowo wiele scen akcji dzieje się podczas zachodu słońca- czerwień wsączająca się przez szyby dodaje dramatyczności. Tak właśnie wyglądały najlepsza ujęcia w Not What He Seems: podczas ucieczki Stana z aresztu i starcia z Soosem przy automacie ze słodyczami. A że podczas Weirdmaggedonu niebo jest czerwone przez cały czas, twórcy mogą używać tego triku do woli. Najbardziej efektywny jest w scenie z Billem grającym na fortepianie.
    Jednak właściwe zakończenie trwa jeszcze piętnaście minut po zabiciu Ciphera. Nie licząc leczenia Najkrótszej Amnezji Świata otrzymujemy również happy endy wszystkich bohaterów na których nam choć trochę zależało. Ta część odcinka jest trochę rozwlekła, ale nie mogę narzekać, łapałem się na każdy ckliwy moment, który mi oferowano. I może dlatego Take Back The Falls nie zawodzi tak bardzo. Chociaż nie jest idealnym finałem serii, która postawiła przed widzami tak wiele pytań, to funkcjonuje bardzo dobrze jako zakończenie komediowego sitcomu z bohaterami do których zdążyliśmy się bardzo przywiązać. Odbiór tego odcinka będzie więc różny. Jeśli ktoś liczył, że Gravity Falls wypełni pustkę po Lost, może być nieco zawiedziony. Ale gdy skupiał się głównie na komedii i dobrze zarysowanych bohaterach- pod tym względem Take Back The Falls jest niemal idealny.

Inne Obserwacje:

  • Uwielbiam fakt, że koło z tajemniczymi symbolami, które było największą zagadką od pierwszego odcinka okazało się całkowicie bezużyteczne. Nie wiem czy to miał być żart, czy po prostu Hirschowi bardziej podobał się pomysł z kasowaniem pamięci, ale był to dla mnie najzabawniejszy moment odcinka
  • Po napisach końcowych przez kilka sekund widoczne jest zdjęcie posągu Billa w prawdziwym lesie. Fani uznali, że faktycznie jest on gdzieś ukryty, jednak minął miesiąc i nie słyszałem o tym ani słowa, więc chyba zdjęcie miało pełnić jakąś inną rolę
  • Jeśli ktoś zamierza oglądać Gravity Falls , czy tam Wodogrzmoty Małe z polskim dubbingiem- niech tego nie robi. Jedyny sensowny wybór aktorski to Boberek jako Stan, co nie jest jakimś wielkim zaskoczeniem. Mabel ma głos Fretki z Fineasza i Ferba i jak było do przewidzenia kompletnie nie pasuje, Disney zamiast faktycznie starać się dobierać pasujące głosy wybiera je z tej małej puli aktorów, którzy już na stałe pracują dla Disney Channel w danym kraju. Nie mówiąc już o tragicznym tłumaczeniu na polski. Mabel czytana jest jako Mejbel, a Bill Cipher to w Polsce Bill Cyferka. Nie żartuję. To nawet nie jest tłumaczenie, tylko kalka językowa. Gdyby nazwali go Bill Szyfr brzmiałoby to źle, al przynajmniej byłoby jakimś tłumaczeniem, a nie słowem które akurat podobnie brzmiało. Mógłbym długo krytykować Wodogrzmoty, a oglądałem tylko kilkuminutowy urywek. Podsumuje więc tylko- trzymajcie się od polskiej wersji z daleka. Nie zniszczy wam to przynajmniej odbioru oryginału
 

piątek, 25 marca 2016

W Duchu Archera: Frisky Dingo


    Zostały już dni do premiery nowego sezonu Archera. Wypada więc przyjrzeć się programowi z którego pochodzi wiele motywów wykorzystanych później przez Reed'a w naszym ulubionym serialu o tajnym agencie/ handlarzu narkotyków/ kimkolwiek Sterling będzie w siódmym sezonie.
 Frisky Dingo to właściwie Archer w wersji demo. Humor, charakterystyka  postaci, a także niektórzy aktorzy są wspólni w obu tych serialach (choćby Amber Nash). Historia przedstawia losy bogatego Xandera Cruze'a, który jako Awesome X zwalcza przestępstwo w mieście kreatywnie nazwanym The Town, oraz jego przeciwnika- kosmity o imieniu Killface, który musi łączyć pracę z rolą samotnego ojca. Serial jest tak idiotyczny na jaki brzmi. Największą jego zaletą jest absurdalny humor, ciągłość historii oraz niewielkie przywiązanie do wyglądu jaki nadano postaciom. Większość seriali musi ubierać swoich bohaterów ciągle w jeden i ten sam strój, aby nowi widzowie nie mieli problemu z rozpoznawaniem kto jest kim. W przypadku Frisky Dingo... niekoniecznie. Xander kilka odcinków pod rząd spędził ubrany jedynie w perukę bez żadnego konkretnego powodu. Przez dwa i pół odcinka był również ślepy, podobnie jak Killface. Na tym etapie serialu byłem lekko zagubiony, myślałem, że z parodii Iron Mana Frisky Dingo zmineiło się w przeróbkę Mr. Magoo. Twórców niespecjalnie obchodziła struktura trzech aktów- odcinki mogły kończyć się bez puenty, fabuła często nie miała nawet sensu. Chodziło jedynie o absurdalny humor i parodiowanie filmów o superbohaterach. Frisky Dingo utrzymało się na Adult Swim przez dwa sezony, zamykając sobie możliwość na kontynuację poprzez brutalne wymordowanie większości bohaterów w ostatnich kilku odcinkach. Jednak wątpię żeby wielu ludzi specjalnie za nim tęskniło. Humor serialu żyje nadal poprzez Archera, a co do fabuły... Ktoś naprawdę się nią przejmował?

Inne Obserwacje:

  • Dla zagorzałych fanów polecam The Xtacles- spin- off serii o podwładnych Awesome X, teraz pod wodzą Stana. Wyemitowano niestety tylko dwa pierwsze odcinki




wtorek, 2 lutego 2016

NA CO CZEKAM: Animal Collective- Paint With (19.02.2016)

Zapomniałem wspomnieć o tym albumie w zestawieniu moich najbardziej oczekiwanych premier roku i uznałem, że trzeba coś z tym faktem zrobić. Nie można w końcu zignorować nowej płyty Animal Collective, zwłaszcza że Paint With zapowiada się na dużo ciekawszy projekt niż wydane w 2012 Centipide Hz. Singlowe Floridada ma chwytliwy, wpadający w ucho refren, brzmienie jednak pozostaje w klimatach dziwacznej elektroniki. Nie tak melodyjny, ale równie interesujący jest drugi udostępniony przez zespół utwór, Lying On The Grass. Uwielbiam połączenie psychodelicznej elektroniki z instrumentami dętymi, nie było więc opcji żeby ta piosenka nie przypadła mi do gustu. Oby reszta Paint With utrzymała ten poziom.




poniedziałek, 1 lutego 2016

Adventure Time: Jake The Brick

     O ile temat We Bare Bears byłem w stanie ująć w jednym poście, o Adventure Time można by napisać książkę. Na obecnym etapie serial może poruszyć dowolny temat w dowolny sposób. Możliwości są właściwie nieograniczone. Zaczęło się gdzieś w piątym  sezonie,  kiedy  obecność Finna i Jake'a w każdym odcinku przestała być koniecznością. Serial zaczął coraz częściej skupiać się na poważnych problemach filozoficznych, a także nad rolą sztuki i źródłach ludzkiej inspiracji, w jakiś magiczny sposób nadal przykuwając zainteresowanie najmłodszych widzów. Można by przywoływać dziesiątki odcinków, które niosą ze sobą mniej lub bardziej głęboki przekaz, ja jednak skupię się na moim ulubionym- Jake The Brick.
     Fabuła nie jest specjalnie skomplikowana: otóż marzeniem Jake'a zawsze było zostanie cegłą w walącym się murze, w chwili jego upadku. Kiedy znajduje ruinę nadającą się do tej roli, przybiera kształt cegły i czeka. Okazuje się jednak, że to zajęcie nie jest równie interesujący jak podejrzewał, zabija więc czas komentując wydarzenia odbywające się na łące. Finn przysłuchuje się wszystkiemu przez komunikator, a w pewnym momencie postanawia zrobić z opowieści Jake'a audycję radiową . Przez połowę odcinka oglądamy więc ujęcia znanych nam postaci wsłuchanych w jego narrację. Jest to kreatywny sposób na przypomnienie wszystkich prowadzonych wątków. W końcu Jake, dzięki poruszającej walce zająca z naturą zdaje sobie sprawę, że są piękniejsze rzeczy w życiu niż siedzenie w walącym się murze, który oczywiście upada w sekundę po opuszczenia go przez Jake'a.
        Uwielbiam ten odcinek z kilku powodów. Pierwszym jest nastrój. Nie przypominam sobie momentu w którym byłem równie zrelaksowany oglądając serial, a jednocześnie tak poruszony opowiadaną historią. Wolniejsze tempo akcji narzucone jest już na samym początku. Pierwsze dwie minuty to pokazanie podróży Finna, bez ani jednej linijki dialogu. Kiedy jednak rozpoczyna się właściwa akcja, wszystko ulega zmianie- najważniejsza staje się narracja Jake'a. Towarzyszące jej ujęcia wsłuchanych mieszkańców Ooooo tylko pomaga utożsamić się z bohaterami, a ich wyciszenie i spokój jest wręcz zaraźliwy. Pokazanie bohaterów zajmujących się swoimi sprawami, lub zwyczajnie skupionych na słuchowisku niezwykle dodaje realizmu przedstawionemu światu. Uwielbiam również jaki przekaz niesie za sobą Jake The Brick. I nie mówią tu tylko o tym co skłoniło Jake'a do zaprzestania swojego eksperymentu, raczej tym co prezentuje sobą cała formuła odcinka, która jeszcze dziesięć lat temu byłaby nie do pomyślenia w animacji dla dzieci. Jest to jeden z momentów pokazujących jak wielką swobodę twórczą mają artyści w dzisiejszych czasach. Oraz,  że wykorzystują tę swobodę w odpowiedni sposób. Pozwala im ona na przekazanie morału za pomocą obrazu i nastroju, a nie przez wymuszone kwestie bohaterów, które mają wprost mówić nam jak mamy się czuć (Family Guy...). Więc czego może nauczyć nas Jake The Brick? Na przykład tego, że piękno można dostrzec nawet w pozornie nieistotnych sytuacjach, na które nie zwracamy uwagi w dzisiejszym sposobie życia. Potrzeba po prostu czasu aby przyjrzeć się pewnym sprawom, wyłączyć się ze świata, zatrzymać w miejscu i po prostu obserwować. Brzmi to banalnie, podobny motyw poruszało już dziesiątki filmów, choćby American Beauty. Jednak najważniejszy jest sposób w jaki dany temat został przedstawiony. I przynajmniej dla mnie, dramat zająca jest dużo bardziej przekonująca niż foliowa reklamówka tańcząca na wietrze. Jake The Brick wytwarza bardziej wiarygodną atmosferę. Kiedy widzimy mieszkańców Ooooo poruszonych historią jednego leśnego stworzenia, od razu przybiera ona w naszych oczach na wartości. Skoro oni traktują tę sprawę równie poważnie jak wydarzenia tak dramatycznych odcinków jak Something Big, albo The Comet, to my także powinniśmy.
Jednak wprowadzenie narracji Jake'a na fale radiowe, poza pretekstem do zaangażowania w historię postaci ze wszystkich krańców Oooooo, ma jeszcze jedną funkcję- pokazuje jak wiele do zaoferowania mają audycje radiowe i podcasty. Dzieci w dzisiejszych czasach są nieco rozpuszczone przez animację i efekty specjalne. Często są tak szczegółowe i realistyczne, że pozostawiają niewiele miejsca dla wyobraźni. W przeciwieństwie do słuchowisk radiowych. Prawdopodobnie żaden słuchacz nie byłby równie zaangażowany w wydarzenia, gdyby miał je oglądać na żywo (mało kto ma cierpliwość śledzić walkę zająca z siłami natury przez dwanaście godzin). Dobrze więc, że ktoś przypomina o medium które dla wielu ludzi traci wartość.
Właśnie te elementy sprawiły, że Jake The Brick jest tak wyjątkowym odcinkiem. Morał dostarczony w ostatniej minucie jest już tylko sympatycznym podsumowaniem całości. Mimo żmudnych zmagań zająca, jeleń ostatecznie niszczy jego dom (co wywołuje grobową ciszę przed odbiornikami w całym Ooooo). Jednak zwierzak pozostaje niewzruszony. Z zadowoleniem rozgaszcza się w nowym mieszkaniu urządzonym zaraz obok ruiny poprzedniego. Nie rozpacza nad tym co utracił, nie żałuje zmarnowanej pracy i  natychmiastowo oswaja się z nową sytuacją. Może to lekka nadinterpretacja, ale chyba Jake doszedł do podobnych wniosków. Podekscytowany opuszcza mur, przekazując lekcję zająca: nie należy bać się nowych doświadczeń, a każde wyzwanie rzucone przez życie traktować jako szansę. Nie jest to morał otwierający ludziom oczy i zmieniający sposób myślenia, odcinek potrzebował po prostu jakiejś konkluzji.
       Na koniec chciałbym tylko wspomnieć jak bardzo się cieszę, że Jake The Brick wygrał w zeszłym roku nagrodę Emmy. Oryginalny pomysł i pełne wykorzystanie jego potencjału są więc w stanie docenić nie tylko widzowie ( niby nic w tym dziwnego, ale Oscary dla filmów animowanych wciąż są właściwie żartem). Adventure Time nadal utrzymuje wysoką oglądalność, a coraz więcej animacji zmierza w podobnie eksperymentalne kierunki (Steven Universe w Alone Together, czy też miniserial Over The Garden Wall). I wygląda na to, że ten trend nie ulegnie zmianie przez następne lata. A przynajmniej mam taką nadzieję.

Inne Obserwacje:
  • Tak, to forma ukradziona z recenzji na The A.V. Club. Raczej nie będą mieli pretensji, zwłaszcza, że nikt tej recenzji nie przeczyta
  • Uwielbiam animację w pierwszych dwóch minutach odcinka. Zwykle ni jestem wielkim fanem kolorów używanych w Adventure Time, jednak tutaj krajobrazy wyglądają cudownie
  • Zamierzam napisać podobny post zestawiając odcinki Astral Plane i The Comet, dwa inne interesujące momenty szóstego sezonu

  

sobota, 30 stycznia 2016

ALBUM NA DZIŚ: The Rapture- Echoes (2003)

Rapture echoes.jpgThe Rapture na początku swojej kariery grali głównie dance punk. Jest to zarazem najciekawszy okres ich twórczości. Choć osobiście wolę Pieces Of The People We Love, to jednak Echoes ma bardziej oryginalne brzmienie. Produkcja nie jest równie czysta jak na późniejszych albumach, ale pasuje to do nieco ostrzejszego stylu i wrzasków Jennera. Echoes przypomina nieco debiut LCD Soundsystem i nie przypadkowo- James Murphy brał również udział w nagraniach tej płyty. Jeśli ktoś jest zainteresowany bardziej czystym brzmieniem i klarowniejszymi partiami gitary, polecam raczej drugi album The Rapture, ewentualnie kilka piosenek z In The Grace Of Your Love (utwór tytułowy oraz How Deep Is Your Love). Echoes pozostaje jednak najbardziej szaloną i energetyczną płytą grupy, utrzymaną w stylu do którego The Rapture już raczej nie powróci. Ich ostatnia płyta sugeruje raczej, że zmierzają w stronę mało wymagającej muzyki tanecznej, wrzucając od czasu do czasu kilka "eksperymentów" z dźwiękiem (o ile można za taki uznać Rollencoaster, który brzmi jak marna parodia Bicycle Ride Queen). Radzę więc pozostać przy pierwszych dwóch płytach, bardzo istotnych dla współczesnego dance punku.

Najlepsze Utwory:
  • Heaven
  • Open Up Your Heart
  • I Need Your Love
  • Sister Saviour
 

poniedziałek, 25 stycznia 2016

ALBUM NA DZIŚ: Julia Holter- Have You In My Wilderness (2015)

Julia Holter powraca z następcą Loud City Song, jeszcze lepszym od swojego poprzednika. Have You In My Wilderness to dziesięć pięknych dream popowych kompozycji. Przez większość czasu jest dość melancholijnie, choć pojawia się kilka żywszych momentów, jak nieco taneczne Everytime Boots, albo orkiestralna końcówka Silhouette, która brzmi jak z The Golden Age Woodkida. Jest to zdecydowanie najlepszy dream popowy album na jaki natrafiłem w minionym roku.

Najlepsze Utwory:
  • Everytime Boots
  • Betsy On The Roof
  • Feel You
  • Night Song

niedziela, 24 stycznia 2016

ALBUM NA DZIŚ: Yellow Magic Orchestra- Yellow Magic Orchestra (1978)

YMO YelloyMagicOrchestra.jpg
Pierwszy post z tej serii poświęcę debiutanckiej płycie dziwacznej grupy jaką jest Yellow Magic Orchestra. Jest to japoński zespół słynący z muzyki elektronicznej i Synth Popu. Działa on do dziś, jednak światowy rozgłos zdobyli w momencie swojego debiutu. Słuchałem kilku kolejnych płyt YMO, ale żadna nie była równie interesująca jak ta pierwsza. Wyróżnia ją przedziwna kombinacja dźwięków przypominających soundtrack do gry na Nintendo, zniekształconych wokali, lekko jazzowo brzmiących melodii pianina i łączącej to wszystko muzyki elektronicznej charakterystycznej dla tamtych lat. Wiem, nie brzmi to za dobrze, ale YMO znaleźli sposób, aby te martwe komputerowe brzmienia napełnić życiem. Album przyciąga między innymi oryginalnym brzmieniem i doskonałą produkcją, choć przyznaję, że nie jest dla każdego. Płyta może chwilami brzmieć jak soundtrack z gry na konsolę, ale o to właśnie chodzi. Zespół jest w stanie osiągnąć bardzo dużo opierając swój utwór na monotonnym komputerowym motywie.

Najlepsze Utwory:
  • Simoon
  • Tong Poo
  • La Femme Chinoise

We Bear Bears: Animacja dla hipsterów?

We Bare Bears to nowy serial stworzony przez Daniela Chonga. Bardzo szybko zyskał on popularność zarówno wśród młodszej jak i dorosłej widowni. I trudno się dziwić, animacja jest barwna i przyjemna, a postaci można szybko poznać i polubić. Jednak na pierwszy rzut oka to nic niezwykłego w porównaniu do innych seriali lecących obecnie na Cartoon Network. Animacja przypomina Adventure Time, przynajmniej jeśli chodzi o bohaterów, pastelowe tła przywodzą raczej na myśl filmowe adaptacje Kubusia Puchatka. Fabuła? Tu także nic nowego. Trzy niedźwiedzie żyją w leśnej chatce i często przybywają do miasta szukać swojego miejsca między ludźmi. Ale nie znaczy to, że muszą zakładać płaszcze, kapelusze i chować twarze w gazetach kiedy idą ulicami. Nikt nie jest specjalnie zaskoczony faktem że trzy niedźwiedzie wchodzą do ekologicznego sklepu i kupują wafle. Posługują się również na co dzień telefonami komórkowymi i większością ludzkich technologii. Powód separacji między niedźwiedziami a ludźmi nie jest dokładnie wyjaśniony. Nie powodują one popłochu swoim widokiem, ale nie są również traktowani jako członkowie społeczeństwa. Reszta zwierząt zachowuje się jak na zwierzęta przystało (może za wyjątkiem gołębiej szajki przestępczej i szalonego koali- celebryty), co tylko podkreśla samotność bohaterów, którzy nie pasują do żadnej z grup. Jest to wystarczający materiał na stworzenie całkiem przyjemnej bajki o wartości indywidualizmu, jednak We Bare Bears ma coś jeszcze. Do tematu nowoczesnych technologii podchodzi w sposób niezwykle naturalny, lepiej niż jakikolwiek inny program dla dzieci. Kiedy bohaterowie piszą do siebie wiadomości, albo gdy odświeżają przeglądarkę co pięć sekund, aby sprawdzić czy przybyło wyświetleń pod nowo dodanym filmem nie odnosimy wrażenia, że twórcy starają się w przesadzony sposób parodiować ludzkie zachowania, a raczej je rzetelnie reprezentować. I nie tyczy się to tylko nowinek technologicznych, ale wszystkich trendów panujących w naszym społeczeństwie. Ekologiczna żywność, sposób w jakie ubierają się ludzie w mieście, w jaki rozmawiają... Gdyby pominąć wątek trzech niedźwiedzi spacerujących ulicami, We Bare Bears byłoby serialem o hipsterach. Aż prosi się żeby wręczyć każdemu z bohaterów plastikowy kubek ze starbucksa. I znowu, nie są to przesadzone stereotypy hipsterów, które znamy z innych animacji (na przykład w Gravity Falls, odcinek The Love God), znowu współczesna kultura jest przedstawiona w jak najlepszym świetle. Nie znaczy to jednak, że ignorowane są niebezpieczeństwa, które z niej wynikają. Właśnie po to są niedźwiedzie, aby pokazać do czego prowadzi podążanie za trendem bez poprawnego zrozumienia idei, jaką ten trend reprezentuje (najlepszy przykład to odcinek Tote Life). Niemal wszyscy ludzie są przyjaźni i sympatyczni, często jednak brakuje im cierpliwości do ignorancji jaką prezentują sobą niedźwiedzie. Na koniec pozostaje już tylko porównać serial z innymi animacjami dla dzieci, które przyciągają równie wielką grupę dorosłych fanów- Adventure Time, Gravity Falls i Steven Universe. Mimo wielu podobieństw, każdy z nich wprowadził do telewizji coś innowacyjnego, z czego będą mogli korzystać przyszli twórcy. We Bare Bears udowadnia, że aby w ciekawy sposób przedstawić współczesną kulturę, nie potrzeba ukazywać ludzi jako wrzeszczące, zniekształcone stereotypy (patrzę na ciebie, Family Guy). Jeśli bardzo dobrze rozumie się otaczający świat wystarczy tylko jak najwierniej go odwzorować. A każdy widz, niezależnie od wieku, i tak to doceni.

NA CO CZEKAM (Premiery 2016)

 

1.  LCD SOUNDSYSTEM - ...

Rozpisałem się już na ten temat w poprzednim poście, więc nie dodam tu już zbyt wiele. Nie podano jeszcze daty premiery tego albumu, tytułu, ani żadnego utworu promującego, wszystkie informacje pochodzą z jednego postu udostępnionym na stronie zespołu, na cokolwiek więcej prawdopodobnie przyjdzie nam jeszcze poczekać parę miesięcy.

2. RADIOHEAD - ...

W tym przypadku również okładka i data premiery są nieznane nieznane. Thom Yorke zagrał jednak ostatnio krótki występ na którym zaprezentował trzy nowe akustycznie wykonane utwory. Pojawiła się również piosenka Spectre nagrana do filmu o tym samym tytule (niestety niewykorzystana). Raczej nie znajdzie się ona na nowym wydawnictwie zespołu, muzycy potwierdzali jednak wielokrotnie, że pracują nad nowym materiałem (pojawiały się nawet tytuły konkretnych utworów, np. Lift).

3. MODERAT - III  (01.04.2016)

W temacie nowej Moderata wiadomo już nieco więcej. Jest oficjalna okładka, data premiery, choć utworu promującego także jeszcze nie ma. O ile poprzednich dwóch grup nie musiałem przedstawiać, tutaj przyda się chyba parę słów wstępu. Moderat powstał przez połączenie dwóch niemieckich grup elektronicznych- Modeselektor i Apparat. Ten pierwszy zespół można kojarzyć między innymi ze świetnej kolaboracji z Thomem Yorkiem (utwór Shipwreck). Debiut Moderata miał swoje momenty (genialne A New Error i Rusty Nails), jednak całość była nieco niespójna i widać było, że zespół dopiero szuka swojego brzmienia. na II było już znacznie lepiej, muzyka stała się również dużo bardziej przystępna dla większej grupy słuchaczy. Bad Kingdom i Damage Done mają naprawdę dobre melodie, ten drugi mógłby być nawet zaaranżowany w swoim stylu przez jakiś zespół indie rockowy. Nie brakowało również nieco bardziej klasycznej elektroniki (dziesięciominutowe Milk). Płyta jest bardzo łatwym w odbiorze, dobrym wprowadzeniem do gatunku. Nie wiadomo jeszcze, czy III będzie utrzymany w podobnym stylu, osobiście nie narzekałbym gdyby Moderat nagrał coś bardziej ryzykownego.


4. STEVE MASON - MEET THE HUMANS (26.02.2016)

Steve Mason - Meet the Humans
O tym wykonawcy nie wiem zbyt wiele, natrafiłem na Masona przypadkiem, przy okazji jego ostatniego wydawnictwa Monkey Minds In the Devil's Time. Był to concept album, który niezbyt przypadł mi do gustu. Choć miało on kilka przyjemnych kompozycji, płyta jako całość była raczej przerostem formy nad treścią. Tematyczne interludia były chyba liczniejsze niż same piosenki (wszystkie piosenki były oddzielone interludiami umieszczonymi na osobnych trackach, czasami pojawiały się nawet dwa pod rząd).Jednak nowy singiel Planet Sizes sugeruje, że Steve Mason postawił raczej na spokojne, proste melodie o otaczającym nas świecie, na stronie wytwórni opisuje również Meet The Humans po prostu jako zbiór piosenek. Może nie brzmi to zbyt ambitnie, ale Steve Mason raczej nie jest najbardziej ambitnym muzykiem. Najlepiej wychodzą mu proste, melodyjne utwory w niezbyt skomplikowanej aranżacji i jak na razie wygląda, że na tym przede wszystkim się skupił tworząc Meet The Humans.







5. KULT -

Zespół nie udzielił jeszcze zbyt wielu informacji na temat następcy Prosto. Płyta jest w trakcie nagrywania więc najprawdopodobniej ukaże się dopiero w drugiej połowie roku. Przygotowano 21 nowych kompozycji i niewykluczone, że na nowym krążku znajdą się niemal wszystkie z nich. Kult ma zwyczaj upychania na płytach bardzo dużej ilości utworów, wśród których zawsze znajdzie się kilka nadających się najwyżej jako B- Side. Przez to mało jest w dorobku Kultu płyt doskonałych od początku do końca. Taki status ma według mnie tylko Spokojnie (na której jest tylko dziewięć utworów). Wiem, że odrobinę zbaczam z tematu, ale o nowym wydawnictwie nie da się jeszcze powiedzieć zbyt wiele. Mam jedynie nadzieję, że zespół dobrze oceni które utwory są warte aby się na nim znaleźć.

6. HEXVESSEL - WHEN WE ARE DEATH (29.01.2016)


Jedynym wydawnictwem Hexvessel jakiego dotychczas słuchałem jest utrzymany w klimacie psychodelicznego rocka Iron Marsch, otwierany dwunastominutowym Masks of the Universe.             Cosmic Truth, pierwszy utwór promujący When We Are Dead, jest już w zupełnie innym stylu- spokojny, nastrojowy, oparty na prostym motywie na pianinie. Interesujący, choć mam nadzieję, że Finlandczycy pozostaną raczej w klimatach Iron Marsch.





Dame Fortune 7. RJD2 - DAME FORTUNE (25.03.2016)

RJD2 zasłynął dzięki debiutowi Deadringer i piosence Ghostwriter. Tworzy instrumental hip hop, jego płyty są niezwykle spójne, Deadringer słucha się niczym soundtrack do filmu. Większość utworów ma w sobie coś hipnotyzującego i jest na swój sposób odprężająca. Choć nigdy żaden jego album nie uzyskał takiego statusu jak Deadringer, nowy singiel Peace of What jest jednym z najlepszych piosenek jakie RJD2 wydał od wielu lat. PO cichu liczę, że ten album przywróci mu utraconą rozpoznawalność.

 

8. WEEZER - WEEZER (01.04.2016)

Nie słuchałem Weezera nim usłyszałem utwór promujący ich nowe wydawnictwo. Lata ich największe popularności przypadają z tego co wiem na późne lata 90-te, więc dużo za wcześnie, żebym mógł kojarzyć ich z radia. Prawdopodobnie znałem wcześniej takie piosenki jak Say It Ain't So, nie przykuły one po prostu mojej uwagi. I szczerze mówiąc, podobnie jest z większością twórczości Weezera, bardziej szanuję ten zespół niż faktycznie go słucham. Jednak inaczej jest w przypadku ich nowego wydawnictwa. Jak na razie wszystkie trzy wydane piosenki przypadły mi do gustu, zwłaszcza niezwykle chwytliwe Thank God For Girls. Nie rozumiem krytyki wobec tej piosenki, ani faktu że nie stała się jeszcze radiowym hitem. Przynajmniej według mnie, jest o wiele przystępniejsza niż wiele popularnych kawałków Weezera. Do You Wanna Get High i King of The World może nie mają równie nośnych refrenów, ale również nie zawodzą. Nie mam chyba tak wysoko postanowionych oczekiwań wobec tej płyty, jak bardziej oddani fani liczący na wielki powrót Weezera do formy sprzed kilku lat, zwłaszcza że nie słuchałem ich ostatnich dokonań. Możliwe, że ten album mnie do tego zachęci.

 
 
 

9. MACKLEMORE & RYAN LEWIS - THIS UNRULY MESS I MADE      (26.02.2016)


Macklemore'a zna każdy, dzięki Thrift Shop, Can't Hold Us i Same Love, trzem świetnym utworom promującym jego poprzedni album The Heist, który zdobył raczej mieszane oceny. Z jednej strony, każda piosenka ma przekaz, a słowa to nie tylko zlepek przypadkowych rymów, jak się często zdarza. Było dużo komedii, ale też wypowiedzi na temat ważnych problemów społecznych. To co ciągnęło The Heist w dół, i wygląda na to że będzie ciągnąć również This Unruly Mess I Made, to partie instrumentalne. Macklemore często skutecznie odwraca od nich uwagę swoim wokalem, ale nie da się zignorować plastikowego brzmienia Gold ani produkcji w Cowboy Boots (nie mam nic przeciwko eksperymentom z muzyką country, ale w Cowboy Boots gitary są przytłumione, aby utwór brzmiał bardziej popowo, co jak dla mnie mija się z celem, traci cały klimat który wpływy country miały uzyskać). Pierwszy singiel promujący nowy album, Downtown, niespecjalnie wzbudził moje zainteresowanie. Była to kolejna piosenka stworzona na fali popularności Uptown Funk, ale wypruta ze wszystkiego co mogłoby zapaść słuchaczowi w pamięć. Dużo lepiej sprawa wyglądała w Growing Up, poruszającej piosence, którą polecam po zwłaszcza fanom Same Love. Najnowszy singiel, White Privilege II również dzięki poruszającym wersom Macklemore'a odwraca uwagę od faktu, że muzycznie zbyt wiele się przez te osiem minut nie dzieje. Jednak to już standard. Od This Unruly Mess I Made nie oczekuję niczego przełomowego, ale przynajmniej kilku piosenek na poziomie Growing Up.




10. SUFJAN STEVENS - ILLINOISE (REEDYCJA) (01.04.2016)


Wiem, tutaj trochę oszukuję, bo to żadna premiera, Illinoise obchodzi wkrótce dziesiąte urodziny. Nie ukrywam jednak, że bardzo czekam na premierę tej reedycji. Bardzo ciężko jest obecnie dostać tą płytę na winylu, ze względu na problemy prawne jakie napotkał Sufjan Stevens po umieszczeniu bohatera Marvela na okładce. Jednak w końcu pierwotna wersja okładki znów trafi do sprzedaży, wraz z pięknym nowym wydaniem z płytami w dwóch kolorach, niebieskim i białym. Stevens jest ostatnio kojarzony głównie ze swojego najnowszego wydawnictwa, Carrie & Lowell, które szczerze mówiąc nie przekonuje mnie tak bardzo jak Illinoise.  Przepadam jednak bardziej za tymi majestatycznymi orkiestralnymi brzmieniami niż za akustyczną, wyciszoną stroną jego twórczości. Choć rozumiem ideę Carrie & Lowell, jest to płyta o bardzo smutnej i osobistej tematyce, jaką była śmierć matki muzyka. Brzmienie Illinoise zwyczajnie by tam nie pasowało. Jeśli kogoś nie zachęciły piosenki z najnowszej płyty Stevensa, polecam przesłuchanie Illinoise, w mojej opinii, jednej z ważniejszych płyt nowego tysiąclecia.
 
 

             


 

 

sobota, 23 stycznia 2016

LCD Soundsystem "powraca"

   LCD Soundsystem to jeden z ważniejszych projektów muzycznych nowego tysiąclecia. Zespół zyskał sporą popularność i uznanie krytyków, jednak pięć lat temu  muzycy zaczęli wielokrotnie sugerować, że ich działalność nie potrwa już długo, "This Is Happening" miało być ostatnim wydawnictwem grupy (po zakończeniu odtwarzania CD, w miejscu albumu na wyświetlaczu pojawia się "last album"). Przygotowano ponad trzygodzinny koncert, wydano film dokumentalny w którym Murphy tłumaczył swoją decyzję. I po tym wszystkim, fani powoli zaczęli godzić się z rzeczywistością, a z czasem coraz bardziej doceniać fakt, że LCD nie ma na koncie ani jednego kiepskiego produktu, a rozgłos jaki uzyskali swoim pożegnaniem sprawi, że nie zostaną zapomniani przez bardzo długi czas. Grupa jeszcze raz przypomniała o sobie w 2014 roku, dzięki pięknie wydanym zestawie pięciu płyt winylowych, zawierającym nagranie ich ostatniego pamiętnego występu.
  Dużym zaskoczeniem był nowy świąteczny utwór który zespół udostępnił w grudniu zeszłego roku. Oraz ogłoszenie LCD Soundsystem jednym z headlinerów tegorocznej Coachelli. Oraz wieści, że zespół powraca z nową płytą i trasą koncertową.
  Od rozpadu zespołu nie minęło nawet pół dekady, a ostanie wydawnictwo pojawiło się nieco ponad rok temu. Murphy nie musiałby nawet ogłaszać przerwy w działalności grupy, zwłaszcza w dzisiejszych czasach, kiedy dla wielu artystów nagrywanie płyty co pięć lat nie jest niczym nadzwyczajnym. Nie każdy więc przyjął dobrze wieści o powrocie zespołu. Nagle koncert, na który wydali sporo pieniędzy i na który podróżowali setki kilometrów stracił na wartości, fani poczuli się wręcz oszukani. Murphy tłumaczył całą sytuację w obszernym facebookowym poście i przepraszał za całe zamieszanie. Napisał, że ma więcej pomysłów na piosenki niż kiedykolwiek wcześniej i LCD powraca ze świetnym materiałem. Ogólnie rzecz biorąc, postawił oczekiwania wobec nowej płyty bardzo wysoko. Lepiej więc chyba wstrzymać się z komentarzami do czasu premiery nowego albumu.